Tagi

, ,

W efekcie czytelnik prasy i telewidz odnosi wrażenie, że w sferze języka dziennikarze – nie tylko ci najmłodsi – starają się przede wszystkim konkurować z autorami kiepskich graffiti, których „dzieła epatują nas właśnie wulgaryzmami.

Podobnie postępują ludzie, którzy z racji wieku i pozycji społecznej mogliby być w mediach normotwórcami, a nie bezmyślnymi owcami Panurga. Na przykład najwięcej wulgaryzmów na łamach najlepszego polskiego tygodnika opiniotwórczego zawierają teksty Ludwika Stommy – wprawdzie wielbiciela SLD na odległość (a więc według definicji Lenina: „pożytecznego idioty) – ale jednak profesora etnografii. Mąż ten uczony raczy czytelnika spod galijskiej czereśni dosadnościami (ach, to francuskie esprit) typu wycyckać Irak, zdebilały burmistrz Nowego Jorku, takie gówno [fast food] musi szkodzić, rzygam na widok McDonald’sa. Natomoiast na łamach śląskiego „Dziennika Zachodniego licytuje się z nim Kazimierz Kutz, świetny reżyser i taki sobie senator, którego felietony ubarwiają takie wyrażenia, jak: dzisiaj felietonistów jest jak nasrał, ludzie gnojeni przez wieki, parszywy charakter, obsrywanie wolności, skurwieni dziennikarze, pełne portki śmierdzącego strachu.

Wtórują im co „ambitniejsi publicyści, na przykład Wojciech Sadurski rozpoczął w „Rzeczypospolitej tekst Nie bać się Leppera bezkompromisowo: Raczej nie przyłączę się do chóru elegantów zgodnie oburzających się lepperiadą i z umiłowaniem szermujących określeniami „prostak, „terrorysta i „cham.

Trend taki dominuje w polskiej prasie i telewizji, które – podobnie jak te na Zachodzie – kreują polityków. Podobnie, ale inaczej.

via Miesięcznik Odra.

Advertisements